2018

Rozmowa z Anią, uczestniczką grupy wsparcia w Fundacji Nagle Sami, o jej doświadczaniu żałoby.

Publikujemy poruszającą rozmowę z Anią, uczestniczką naszej grupy wsparcia, która straciła męża będąc w 7 miesiącu ciąży. Ta śmierć niezwykle mocno dotknęła także jej 6- letnią córkę. Bolesna strata, cierpienie, pożegnanie z mężem. Szukanie pomocy dla siebie i dzieci. Ale też nowa nadzieja, gotowość by iść dalej i życie po zakończeniu żałoby. Z Anią rozmawiała Milena Pacuda , psycholog z naszej fundacji.

Aniu – dziękujemy za rozmowę i podzielenie się swoim doświadczeniem.

Aniu, czy mogłabyś opowiedzieć o okolicznościach utraty męża? Wiem, że byłaś wtedy w szczególnym momencie życia.

Cofnijmy się do czerwca 2016 roku. Na tym etapie miałam 31 lat, mój mąż – 35. Nasza córka zaraz miała mieć swoje 6 urodziny i oczekiwaliśmy narodzin naszego syna, w tamtym momencie byłam na początku 7 miesiąca ciąży. Największą pasją mojego męża i jego hobby były motocykle. Zdradził mi kiedyś, że bardzo chciałby zobaczyć Skandynawię właśnie z perspektywy motocykla turystycznego. Bardzo chciał wyruszyć w taką podróż. Wiedzieliśmy, że gdy urodzi się nasze drugie dziecko, realizacja tego marzenia będzie bardzo trudna, dlatego też pojawił się pomysł, by pojechał tam teraz; a we wrześniu miał urodzić się syn - Karol.

Jak zareagowałaś na informację, że chwilę przed porodem Twój mąż wyrusza w podróż na motorze?

Dla mnie to nie był żaden problem. Byliśmy ze sobą 11 lat i 9 lat po ślubie. Wiedziałam, jakim człowiekiem jest mój mąż. Potrzebował dużo własnej przestrzeni, czasu dla siebie, dla swoich pasji, które dawały mu największą radość. To nie był człowiek, którego można było włożyć w pewne ramy. Jak powietrza potrzebował tej adrenaliny. Ja to po prostu doskonale rozumiałam, więc na tym polu nie mieliśmy żadnych konfliktów. Kiedy była ładna pogoda, to mąż siadał na motocykl i po prostu jechał, a ja zostawałam z córką w domu. Nigdy nie widziałam w tym nic złego, ponieważ to był też po prostu czas mój z córką. Dużo osób zadało mi to pytanie, które ty mi teraz zadałaś – jak się z tym czułam. To było dla mnie zupełnie normalne, po prostu mój mąż miał potrzebę pojechania, spełnienia swojego marzenia. Dlaczego miałabym mu powiedzieć: „Nie, nie możesz”? To w ogóle nie pasowało do naszej relacji.
Wyprawę planował z kilkoma osobami i w środku czuł, że organizacyjnie ta wyprawa nie jest tak przygotowana, jak powinna być. Nie dzielił się jednak ze mną swoimi wątpliwościami ani obawami na ten temat. Pewnie wiedział, że gdyby zaczął się tym ze mną dzielić, może próbowałabym go powstrzymać. Dopiero po jego śmierci dowiedziałam się tego od jego przyjaciół. Mechanik, który przygotowywał jego motocykl na wyjazd, wiedział, że mój mąż bał się jechać, że ma złe przeczucia. Mężowi bardzo zależało, żeby przed wyjazdem zapłacić za wszystkie części od motocykla, bo jak powiedział: „Co, jeśli nie wrócę?”. Te jego myśli, słowa docierały do mnie już po jego śmierci. Mój mąż jeździł na motocyklu od 10 lat. Nigdy nie miał stłuczki czy nawet otarcia. Kiedy pojechał, nie czułam żadnego dyskomfortu z tym związanego. Termin jego wyjazdu wypadł na dzień przed Dniem Ojca, to był 21 czerwca, a ja byłam z bardzo dużym brzuchem. Na do widzenia pocałował mnie w brzuch, a córce powiedział, że ją kocha. Żegnaliśmy się z nim jeszcze przez okno, machaliśmy mu na do widzenia. W momencie kiedy odjechał, moja córka powiedziała do mnie: „Mamusiu, tata nie wróci”. Odpowiedziałam jej: „Co ty mówisz, Córeczko, tata wróci za 9 dni”, a ona wtedy powtórzyła: „Mamusiu, tata nie wróci”. Dzieci mówią różne rzeczy i uznałam, że to jest jakiś jej objaw lęku, strachu, niepewności lub też złości, że tata pojechał.
Z mężem w zasadzie byliśmy codziennie w kontakcie. Ja starałam się do niego nie dzwonić, nie chciałam mu przeszkadzać w trasie. Najgorsze, gdy ktoś jedzie na motocyklu i telefon mu dzwoni, a nie może go odebrać. Dlatego ja bardziej czekałam na telefon od niego. Wiem, że był bardzo zmęczony, że podróż była bardzo trudna, warunki atmosferyczne były kiepskie, padało w zasadzie cały czas, a w górnych partiach Norwegii leżał śnieg. Ostatni raz kiedy mieliśmy możliwość takiego dłuższego porozmawiania przez telefon, mąż był bardzo poruszony, w zasadzie płakał, mówił że to nie był dobry pomysł, nie powinien bez nas wyjeżdżać, że powinien być z nami, że bardzo tęskni. Był roztrzęsiony. Byłam zszokowana, ale próbowałam go uspokoić, że wszystko jest okej, że pomału do celu, jeszcze tylko 3 dni.
W dniu 28 czerwca napisał mi rano, że jadą przez góry i że najgorsze przed nimi. Potem dostałam SMS, że pokonali góry, że już najtrudniejsze za nim i zaraz będzie odpoczynek. Wysłał mi zdjęcie siebie – siedział na poboczu, robili ognisko. Napisałam mu, że wygląda okropnie i musi się wykąpać. To były nasze ostatnie SMSy. Dwie godziny później mój mąż już nie żył. Nie miałam w tamtym momencie żadnego przeczucia. Wracałam do domu z dzieckiem z przedszkola, z zakupami. Kupiłam rzeczy na ulubiony obiad męża, czyli na kotlety schabowe z ziemniakami i mizerią. Miał wrócić pojutrze.

I wtedy przyszła TA wiadomość?

Bardzo niebawem. W domu była moja mama, przyszedł do mnie mój szwagier, który powiedział, że zabiera naszą córkę na noc. Byłam zaskoczona, skąd taki pomysł. Za chwilę przyszła moja siostra. Zobaczyłam ją na klatce schodowej, a za nią szedł najlepszy przyjaciel mojego męża. Wtedy poczułam, że jest coś nie w porządku. Zapytałam, co się stało, czy coś się stało z Marcinem. Na co moja siostra po prostu odpowiedziała: „Marcin nie żyje”.

Domyślam się, jak straszna była dla Ciebie ta informacja, jak okrutnie bolesny był to moment. Jednocześnie pamiętam, że byłaś wtedy w ciąży. Jak pomieściłaś tę falę bólu, która zalała Twoje ciało?

W pierwszym momencie był wrzask i niedowierzanie, potem zemdlałam. Przyjechała karetka, trafiłam do szpitala i w tamtym momencie zamilkłam. Po prostu przestałam się odzywać. Podobno jedynym pytaniem, które zadawałam przez kilka następnych godzin było: „Gdzie jest Marcin?”. Przez kilka następnych dni, jeśli coś mówiłam, to się jąkałam. Jedyną osobą, do której wymawiałam podstawowe słowa, było moje dziecko. Uczucia? To jest przeszywający ból, fizyczny. Ból, który w zasadzie niszczy wszystko. Na początku jest też oczywiście ogromne niedowierzanie, myśli, że to na pewno jakiś sen. W szpitalu sprawdzono, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku – bo na skutek tego stresu reakcje mogły być naprawdę różne. Na szczęście okazało się, że z Karolem było wszystko dobrze. Później przyszła egzystencja.
To, że ja w ogóle mogę mówić o tym dniu, to jest moja ogromna praca, jaką wykonałam poprzez technikę EMDR. Największą traumą była dla mnie właśnie ta sytuacja, kiedy dowiedziałam się o śmierci Marcina od mojej siostry. Mówię o tym, ponieważ terapia traumy była ważnym elementem, który pomógł mi żyć dalej. Oczywiście oprócz konsultacji psychologicznych, grupy wsparcia, największy przełom w moim życiu przyniosła metoda EMDR, która przeprowadzona została przez poleconą mi osobę. Ta technika miała być przeznaczona do pracy z moją córką. Moim warunkiem było jednak to, że najpierw sama ją na sobie przetestuję. Zdecydowałam się i to w zasadzie była moja najlepsza decyzja. Wiadomo, że każdy z nas jest inny i inaczej reaguje na różne formy pomocy, ale u mnie to kliknęło. To był ten moment przełomowy. Na terapii zwizualizowałam sobie dokładnie te traumatyczne sytuacje. Pracowałam nad nimi w swoim umyśle, dopóki skala dyskomfortu, kiedy przywołuje się ten obraz i ocenia od 0 do 10, z tych 10 zeszła prawie do zera.
Moment, w którym dowiedziałam się o śmierci męża, nigdy na tej skali nie przyjmie wartości 0, ale uznałam, że poziom 2 jest bardzo dobrym wynikiem. Zdecydowałam się na tę rozmowę, ponieważ już mogę przywołać te najtrudniejsze momenty i nie poniosę tego ogromnych kosztów. Mam już to w głowie po prostu poukładane w różny sposób.

Myślę o sile emocji, które pojawiają się w żałobie. Ty byłaś wtedy w ciąży. Pomieszanie ogromnego bólu z lękiem o dziecko. Miałaś jakąś strategię, by przetrwać ten czas?

Następnego dnia po śmierci mojego męża dostałam namiar do psychoterapeutki, która ma doświadczenie w pracy z osobami po stratach. W zasadzie momentalnie trafiłam w jej ręce i zdałam sobie sprawę już na drugim spotkaniu, że to chyba nie jest dobry moment na taką pracę. Im bardziej pozwalam sobie na rozmowę i doświadczanie silnych emocji, tym większy dyskomfort czułam w brzuchu. Mój syn dawał mi to ewidentnie do zrozumienia. Wtedy cała „para” poszła w opiekowanie się córką. Za dwa miesiące miała iść do szkoły. Zaczęła spotkania ze wspaniałą psycholożką z poradni interwencji kryzysowej, a później grupę dla dzieci po stracie w Fundacji NAGLE SAMI. Sygnałem ostrzegawczym było także to, że dostałam bardzo silnych krwawień i było ryzyko, że urodzę Karola wcześniej. Stąd też wiedziałam, że moja cała energia, w właściwie resztka energii, którą miałam, musiała być skupiona na tym, żeby ciąże donieść jak najbliżej terminu porodu.
Do czasu porodu starałaś się nie sięgać do tych najtrudniejszych uczuć. Rozumiem, że miałaś jednocześnie myśl, że po narodzinach Karola, zajmiesz się także sobą, swoimi uczuciami, rozpaczą?
Tak, ten czas zatrzymania trwał dwa i pół miesiąca. Wiedziałam jednak, że czeka mnie zmierzenie się z tym, co nieuniknione. Powróciłam na tę ścieżkę, kiedy zaczęła się grupa wsparcia. Karol miał wtedy jakieś 3-4 miesiące. Dodatkowo korzystałam z indywidualnych spotkań z psychologiem. Zaczęłam się zajmować sobą. Jestem osobą na tyle świadomą, że wiem, że TO samo nie przejdzie. Wiem, że są dwie drogi. Jedna z nich, ta w której uzewnętrzniasz się i przeżywasz wszystko, co jest do przeżycia, jest ostatecznie łatwiejszą drogą. Dobrze robić to z kimś, kto Ci pomoże przez to przejść, kto się na tym zna, da znać, jeśli zapali się czerwona lampka. To łatwiejsza droga niż robienie tego samemu.

Powiedziałaś też o tym, że chwilę po śmierci Twojego męża swoją energię przekierowałaś na wspieranie córki. Jakie były jej potrzeby w tamtym czasie? Jak wyglądała jej żałoba?

Powiedzenie dziecku o tym, co się stało, było dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Panicznie szukałam informacji o tym, w jaki sposób to zrobić. Nie wiedziałam, czy tę informację stopniować, czy powiedzieć wszystko od razu, kiedy to zrobić. To było bardzo trudne. Ostatecznie powiedziałam jej najpierw, że tata miał wypadek i że czekamy na informacje ze szpitala, a następnego dnia powiedziałam: „Kochanie, tatusiowi przestało bić serce”.
Nie ma dobrego sposobu powiedzenia dziecku, że jego tata nie żyje. Reakcja mojej córki była straszna, rozrywająca serce na kawałki. Nigdy nie zapomnę jej oczu, histerii, paniki, próby całkowitego wtulenia się we mnie. Jednocześnie nie do końca zrozumiała, co to znaczy. Od tego momentu byłyśmy cały czas razem. Wiedziałam, że muszę być z nią, całkowicie, w każdej chwili, kiedy mnie potrzebuje. To była jedyna osoba, na której umiałam się skupić. Można powiedzieć, że dzięki Bogu, że ona była. Gdyby nie ona, to pewnie do nikogo bym się nie odzywała, byłoby mi wszystko jedno. To ona była powodem, żeby wstać z łóżka. Mam poczucie, że córka przechodziła różne naturalne etapy żałoby, miała fazę zaprzeczania, wściekłości, smutku. Czytałam wtedy bardzo dużo książek, o tym jak wspierać dzieci w żałobie. Czytałam historie osób, które straciły rodziców w dzieciństwie i jak one to przechodziły, czego im brakowało. Skupiłam się całkowicie na córce. Przyzwoliłam jej na wszystkie emocje w tamtym czasie, więc jeśli była wściekła, to pozwalałam jej drzeć kartki, walić poduszkami w ścianę, a ja po prostu siedziałam przy niej, byłam i nic nie robiłam. Jeśli miała ochotę tłuc talerze, to tłukłyśmy talerze. Jeśli miała ochotę rzucać kamieniami w garaż, to to robiłyśmy (oczywiście w bezpiecznej przestrzeni). Ja też oberwałam od mojej córki. Przypominała mi swoje słowa – że przecież mówiła mi, że tata nie wróci, a ja nic nie zrobiłam. Czasem próbowałam córce tłumaczyć, że to był wypadek, że nie mamy na wszystko w życiu wpływu i tak po prostu już jest. U niej uaktywnił się silny lęk związany z podróżowaniem, z moimi wyjściami z domu.
Córka chodziła do Fundacji i to też bardzo jej pomogło. Nauczyła się pięknie mówić o emocjach i, co ważne, poznała inne dzieci, które też straciły rodzica. W szkole była jedynym dzieckiem po śmierci rodzica. Jest niesamowita, jeśli chodzi o mówienie o swoich emocjach, to zostało jej do dziś. Czasem się złoszczę, ale z drugiej strony czuję, jaki to wielki dar, kiedy ona mówi, co ją złości, smuci, nie musi tego odreagowywać w trudnych zachowaniach.
To, co pomagało jej przejść żałobę, to grupa w Fundacji, indywidualna pomoc psychologa dziecięcego, obecność rodziny, możliwość wyrażania wszystkich emocji, rozmowy i brak tematów tabu, bo według niej tata był boski i wspaniały, ale też niedobry, bo przecież wyszedł i nie wrócił (nie dotrzymał danego słowa). Moja córka jest jednak obecnie zupełnie innym dzieckiem, niż była. Jest dużo bardziej dojrzała i płaci za to swoją cenę w szkole. Dzieci znają jej czuły punkt, wiedzą, że wystarczy powiedzieć: „A ty nie masz taty, a ja mam”. Dorośli są bardziej wysublimowani, jeśli ranią, to często w białych rękawiczkach. Dzieci robią to wprost, więc mierzymy się również z takimi sytuacjami. Nauczycielka córki wie, czego doświadczyła moja córka, była informowana, na co warto zwracać uwagę i czułam jej ogromne wsparcie w tym czasie. Było to dla mnie niezwykle ważne. Córka trochę odstaje od innych dzieci, to widać. Doświadczenie utraty, jej dojrzałość, świadomość odróżniają ją od rówieśników. Czasem pokutuje to tym, że w grupie rówieśniczej jest odsuwana, a ona sama czuje, że jest nieco inna. Córka także była poddana technice EMDR. Pani terapeutka powiedziała, że bywają dorośli, którzy nie współpracują tak dobrze jak ona. Byłam z niej naprawdę dumna. Ona głównie rysowała obrazy, które miała w głowie. Przedstawiała na rysunku swoje serce, które ze spotkania na spotkanie było coraz bardziej uleczone. Zakończyliśmy EMDR na czterech albo pięciu spotkaniach. Pani terapeutka powiedziała, że w tym obszarze praca z moją córką jest zakończona, ja też to czułam. Obecnie nie chodzi do psychologa, ale ja nadal jestem czujna.

Dziękuję, że opowiedziałaś, jaką drogę przeszła twoja córka. Powiedz, proszę, teraz o swoim procesie. W kontekście żałoby dużo się mówi o poszczególnych etapach, czy Ty też ich doświadczałaś?

U mnie nie było tak jasno określonych tych etapów. Poza pierwszym, kiedy byłam w szoku i zaprzeczeniu. Podświadomie czekałam, aż mój mąż wróci, liczyłam, że usłyszę jego kroki, dźwięk kluczy w drzwiach. Zaraz po jego śmierci urodził się nasz syn i moje życie znów wyglądało całkowicie inaczej. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Bycie samotnym rodzicem córki, która potrzebuje cię na 200%, i dziecka, które nie śpi w nocy, jest potwornie trudne. Mówiono mi też, że na skutek doświadczeń w ciąży, Karol prawdopodobnie będzie bardzo wymagającym dzieckiem i taki rzeczywiście był. Najtrudniejszym momentem, który nadszedł już po narodzinach Karola, było Boże Narodzenie, pół roku po śmierci mojego męża. Spałam godzinę, dwie dziennie, łapałam się na tym, że chodzę z dzieckiem na rękach po mieszkaniu i nie wiem, czy to sen czy jawa. Zrozumiałam, że ten stan jest bardzo niebezpieczny. Byłam wykończona. Potem przyszła wiosna, ale nie przyniosła ona znaczących zmian, pamiętam moment w marcu lub kwietniu, kiedy poczułam, że jest naprawdę bardzo źle i że jest mi w zasadzie wszystko jedno. To było mniej więcej 9 miesięcy po śmierci Marcina, ale dopiero 2 miesiące od momentu, kiedy zaczęłam ze sobą pracować. Poprawa była odroczona w czasie. Najpierw czułam, że jest mi absolutnie wszystko jedno: jak wyglądam, co jem, z kim rozmawiam. W zasadzie dbałam tylko o to, żeby dzieci były zadbane, ubrane, najedzone, zdrowe, reszta nie miała żadnego znaczenia. Właściwie się nie odzywałam. Dopiero teraz moja mama mówi mi, jak to wtedy było, jaką mnie pamięta z tamtego czasu. Bardzo mi wtedy pomagała, nie wiem, jakby to było bez niej. Robiła zakupy, gotowała, była niezastąpiona w tamtym czasie.
Na spotkaniu w sprawie rozpoczęcia przez córkę terapii EMDR dostałam od pani psycholog informację, że widzi, że ze mną też jest bardzo źle i jeśli ja nie stanę na nogi, to moja córka też nie stanie na swoje. To był dla mnie jasny sygnał. Jako matka dwójki małych dzieci, nie miałam czasu na wieloletnie terapie, więc EMDR był czymś dla mnie. Kiedy trafiłam do wspaniałej specjalistki od tej metody, szybko rozpoznałyśmy, które doświadczenia po śmierci męża są tymi traumatycznymi. I zadziała się magia. To było najtrudniejsze 7 czy 8 spotkań w moim życiu, wychodziłam z nich całkowicie wyczerpana, wykończona. Trudno to sobie nawet wyobrazić. Na spotkaniach przywoływałam ten najtrudniejszy moment, otrzymanie informacji o tym, że Marcin nie żyje. Robiłam to tyle razy dopóki nie zaopiekowałam się w tej sytuacji sobą, dopóki nie poczułam siły, żeby poradzić sobie z tym obrazem. Podczas tej rozmowy również przywołałam ten moment, kiedy przychodzi moja siostra i mówi, że mój mąż nie żyje. To była moja największa trauma. Przez długie miesiące nie mogłam patrzeć mojej siostrze w oczy, nie mogłam z nią rozmawiać, ponieważ była posłańcem złej wiadomości. Na którymś spotkaniu to wspomnienie zmieniło się, w wyobraźni otworzyłam drzwi mojej siostrze i powiedziałam: „Ja już wszystko wiem, jestem gotowa”.
W trakcie terapii okazało się, że bardzo ważnym aspektem całej układanki był brak pożegnania z moim mężem. Nie byłam tego świadoma, bo nie mieliśmy żadnych niezałatwionych spraw. Byliśmy pogodzeni, między nami wszystko było dobrze. Jednak nie zdążyliśmy się pożegnać, tak na zawsze. Na jednej sesji, kiedy wróciłam myślami do tego traumatycznego wspomnienia, w mojej wyobraźni pojawił się mój mąż, który stanął w drzwiach i przyszedł się ze mną pożegnać. Nie byłam w stanie go wypuścić i to było straszne. Ta projekcja trwała około 20 minut. Terapeutka, która prowadziła spotkanie, powiedziała w którymś momencie, że muszę go puścić, pozwolić mu odejść. Wiedziałam, że jeśli to zrobię to on już nie wróci. Pocałował mnie w czoło, wyszedł na klatkę i powiedział: „Dasz sobie radę”. Ja zostałam w mieszkaniu. W momencie, w którym wyszedł, w mieszkaniu pojawiły się moje dzieci. Zamknęłam drzwi, odwróciłam się, a one siedziały na dywanie. Okazało się, że obecność w wizjach mojego męża wykluczała obecność dzieci, szczególnie mojego syna. Kiedy pożegnałam mojego męża, w moim umyśle pojawiła się przestrzeń na Karola. Ta wizja, bo przecież nie zadziało się to naprawdę, wystarczyła mi. To było moje symboliczne pożegnanie się z mężem. I to, że powiedział „Dasz sobie radę”, zamknięcie drzwi, zobaczenie dzieci i poczucie, że nie zostałam sama. To było niesamowite. Po tym zdecydowałam się na wyjazd z dziećmi na miesiąc do innego kraju, do mojej rodziny, która mieszka nad morzem. To była bardzo dobra decyzja. Na wakacjach nadal byłam w bezpiecznym otoczeniu. To tam zaczęłam czuć, że idę już w dobrym kierunku, poczułam wiatr w żaglach, wiedziałam, że będzie dobrze. Gdy wróciłam i poszłam na ostatnie spotkanie z terapeutką, dowiedziała się, że praca jest skończona, że już żyję dalej. Usłyszałam też: „Masz pełne prawo do tego, żeby być szczęśliwą, jeśli pojawiają się bariery, to tylko Ty je sobie stawiasz, bo wszyscy Ci tego szczęścia życzą”. To było dla mnie niesamowicie ważne, bo kolejny etap to pozwolenie sobie na to, żeby się uśmiechać, żeby żyć dalej. To, na czym jeszcze skupiałam się w tamtym czasie, to sny. Kiedyś przyśniło mi się, że zobaczyłam się w lustrze i nie byłam ubrana cała na czarno, tylko w szary T-shirt. Ja przez cały rok chodziłam na czarno, a w tym śnie spodobałam się sobie tak bardzo, że kiedy wstałam, dokładnie tak się ubrałam. Zacząłem się wsłuchiwać w takie proste rzeczy, które w mały sposób dużo zmieniały.

Czy potrafisz wskazać taki moment, który określiłabyś jako domknięcie żałoby? Czy czujesz i mówisz o tym, że Twoja żałoba jest zakończona?

Już się nie posługuje słowem „żałoba”. Jestem wdową, ale nie jestem już osobą w żałobie. Tęsknie, ale też pozwalam sobie na tę tęsknotę i to uczucie nie wpływa na moje życie codzienne. Pozwalam sobie na chwile, w których wspominam mojego męża, myślę o nim, ale idę dalej. Myślę sobie wtedy: „Dziękuję za to, że byłeś”, i to mnie nie zatrzymuje. To też wskazuje, że moja żałoba została może nie tyle co „zamknięta”, „domknięta”, bardziej czuję, że ją przeżyłam. Po prostu ja ją naprawdę świadomie przeżyłam i wykonałam ogromną pracę. Nad sobą, nad dziećmi. Czytałam też dużo książek dotyczących żałoby, jak to przejść, czy to, co przeżywam jest normalne, czy to już jest jakaś anomalia. Więc mogę powiedzieć, że tę żałobę przeżyłam kompletnie i nie jestem już osobą w żałobie. Jestem wdową, która ma chwile, że tęskni, ale żyję dalej.

Czy chcesz opowiedzieć coś o Twoim aktualnym życiu? Jak ona wygląda, jak bardzo się zmieniło, na jakim etapie jesteś?

Całkiem normalnie, prosto. Zamykam jeszcze sporo tematów formalnych, jeszcze związanych z „tamtym” życiem. Czuję, że jestem zupełnie inną osobą. Akceptuję to. Nie zastanawiam się jednak, czy lepszą czy gorszą niż kiedyś. Wiele rzeczy, które dla kogoś urastają do rangi dużego problemu, dla mnie są błahostką. Nie jestem nieczuła, ale mam inną skalę problemów. Ludzie na początku nie wiedzieli, jak do mnie podejść, ale dosyć szybko zobaczyli, że jestem normalna. Pracuję w bardzo dużej firmie i część ludzi nie wiedziała, co się stało, pytali w kuchni: „Co słychać? Jak dzieciaki, jak mąż?”.

Jak sobie z tym radziłaś?

Po prostu mówiłam prawdę. Jestem wdową. Mój mąż nie żyje. No i to był szok dla wielu osób. Dodawałam wtedy: „Ale jest okej, możemy o tym porozmawiać”. Raczej nie chcieli o tym rozmawiać. Teraz, inaczej niż na początku, to nie jest już temat tabu. Nie jestem też już sama – to się zmieniło w moim życiu, to jest ogromna zmiana.

Jesteś w związku, tak?

Tak, tak jestem w relacji z mężczyzną. To też było dla mnie ważnym momentem, żeby dać sobie przyzwolenie na zaangażowanie się w nowy związek. Zaczynać nową relację po czymś takim, nie jest łatwo. Trzeba uwolnić umysł i naprawdę zacząć od nowa. Czy czuję lęk przed stratą? To nieuniknione. Mój partner jest zupełnie inną osobą niż mój mąż. Nie porównuję ich. Właściwie nie da się tego zrobić i to jest moim zdaniem dobre. Są zupełnie inni pod kątem wizualnym, różnią się charakterami. Mój obecny partner to osoba, którą znałam już wcześniej i teraz pojawiła się ponownie. To jest wspaniałe, daje mi ogromny bufor bezpieczeństwa, szczęście, proste rodzinne chwile. Spokój, który cenię najbardziej. Mając dzieci, zaufać komuś obcemu, jest bardzo trudno. Jeśli się zna daną osobę wcześniej to zaufanie przychodzi dużo łatwiej.

Czerpiesz z życia, cieszysz się nim…

Ja żyję życiem. Cieszę się chwilami, momentami. Nie planuję dużo w przód – to jest coś, co się we mnie bardzo zmieniło. Ja byłam osobą, która wiedziała, ile zaoszczędzę za dwa-trzy lata, gdzie pojedziemy na wakacje, co będziemy robić. Teraz moje planowanie ogranicza się do miesiąca w przód. Cieszę się z tej nowej relacji. Cieszę się, bo to jest On. Cieszę się na to, jakie relacje mają z nim moje dzieci, a to było dla mnie kluczowe. Dajemy sobie jako rodzina bardzo wiele: miłość, spokój, troskę. Zwracam uwagę na te drobiazgi. Życie płynie normalnie. Wróciłam do tej samej pracy, w której pracowałam wcześniej, mieszkam w tym samym mieszkaniu, tylko sporo w nim zmieniłam. Wsłuchiwałam się w siebie i w te drobne sygnały. Kto by pomyślał, że założenie w tamtym momencie tego T-shirtu będzie początkiem wyjścia z chodzenia w czerni.

Szukasz sensu w tym, co się stało? Udało Ci się go znaleźć?Czy tak bolesne wydarzenia mają sens? Na ile cierpienie twojego dziecka ma sens?

To bardzo trudne pytanie i nie wiem, na ile na to pytanie mogę odpowiedzieć. Ale wiem też, że moje dziecko już teraz nie cierpi. Nie miałam wpływu na to, co się działo wtedy, ale mam realny wpływ na to, co się dzieje z moim dzieckiem teraz. I ja wiem, że moje dziecko już nie cierpi i to jest dla mnie najważniejsze. Śmierć mojego męża dotknęła bardzo wiele osób. Wiem, że gdybyś zadała to pytanie moim teściom czy rodzicom, to powiedzieliby Ci, że absolutnie nie ma w tym żadnego sensu. Ja to w pełni rozumiem, w pełni szanuję i akceptuję. Jeśli pytasz mnie, chyba się domyślam, jaki może być w tym sens, ale jest to coś bardzo prywatnego i osobistego. Natomiast jeśli chodzi o mojego męża, wiem, że umarł szczęśliwy. My wiele razy o tym rozmawialiśmy. Bał się starości, umierania chorym, kiedy będzie musiał się nim ktoś opiekować. Zawsze mówił, że chciałby umrzeć szybko i w zdrowiu. No i widzę sens, dla którego ja i córka pojawiłyśmy się w jego życiu. Dałam mu wszystko, co najlepsze, i on też mi to dał. Dał mi dzieci, które mamy boskie, wspaniałe. Ja widzę sens tej relacji, wiem, dlaczego się spotkaliśmy i dzieci są najlepszym tego dowodem. Ale nie czuję się uprawniona do tego, by oceniać, czy czyjaś śmierć miała sens. To nie ja rozdaję karty. Dano mi takie życie, jakie mam, i staram się je przeżyć w godny sposób, nie zmarnować tego czasu. Jest życie po stracie i może być równie dobre – trzeba sobie na nie pozwolić i być wdzięcznym za to, co było. Ja wiem to teraz, przyszło to do mnie z czasem. Gdybym usłyszała to dwa, trzy, pięć miesięcy po śmierci męża, to bym powiedziała: „Aha, czyli ty w ogóle nie wiesz, co ja czuję, co ja przeżywam”.

Czy chciałabyś jeszcze coś powiedzieć osobom, które doświadczają żałoby?

Chciałabym zachęcić osoby w żałobie do korzystania z fachowej pomocy. To jest moje przesłanie numer jeden. Bardzo wiele osób z mojej rodziny i z rodziny mojego męża tego nie zrobiło i jesteśmy na zupełnie innych etapach życia jeśli chodzi o ten proces. Wiem, że to boli. Rozmawianie, rozdrapywanie, wałkowanie, ale tak naprawdę to jest najłatwiejsza droga. Jeżeli mija rok i nie jest choć trochę lepiej, to powinna zapalić się czerwona lampka. Mam też doświadczenie wdowieństwa mojej mamy, które było bardzo źle poprowadzone, i wiem, jakie były tego skutki. Miało to wpływ na całą moją rodzinę przez długie lata. Pamiętam, jak bardzo ona źle to znosiła, dlatego teraz byłam czujna na wszystkie sygnały alarmowe. Nawet moja mama mówi, że być może jej doświadczenie było po to, żebym ja miała choć trochę łatwiej, bo wiedziałam, jak to może się potoczyć. Wiem, że dla każdej osoby fachowe wsparcie może być czymś zupełnie innym. Ja też na początku się bałam. Bałam się terapii EMDR, myślałam, że to czary, zabawa z umysłem. Ale albo poczujesz, że coś jest dla ciebie dobre, albo się wycofujesz, mówisz „dziękuję” i szukasz pomocy w innym miejscu.
Korzystając z okazji chciałabym podziękować Wszystkim osobom, które pojawiły się w naszym życiu w tym najtrudniejszym momencie oraz Tym, którzy byli z nami od zawsze. Ja odnajduję w bliskości i rozmowie źródło siły. Dziękuję! To nasz wspólny sukces.

Dziękuję za rozmowę.

Drodzy Czytelnicy! Dokładamy wszelkich starań, aby nasza strona była Wam jak najbardziej pomocna. Pamiętajcie jednak, że każda życiowa sprawa, problem, zagadnienie jest wyjątkowe i indywidualne, może wymagać profesjonalnej pomocy.
Nasza strona nie jest poradnikiem, ani encyklopedią wiedzy.
Fundacja Nagle Sami, nasi współpracownicy i przyjaciele dokładają wszelkich profesjonalnych starań, ale ze względu na zawiłość większości spraw, nie mogą ponosić odpowiedzialności, za działania podejmowane przez Was na podstawie zawartych tu informacji.

© 2012 Fundacja Nagle Sami. Wszelkie prawa zastrzeżone.